Monika (29 sierpnia 2013)

Monika

Tak bardzo chciałbym napisać JEST… A muszę ze smutkiem napisać BYŁA…

Młoda Kobieta, którą poznałem kilka lat temu odeszła wczoraj. Niespodziewanie, nagle, w pełni życia, w momencie, w którym jak mówiła „wychodziła na prostą”… Miała niespełna 36 lat.

Znów Śmierć zakręciła się w moim pobliżu. Znów żniwo zebrała. Zmusiła mnie do zadumy nad tym CZYMŚ, co Życiem jest zwane… Od śmierci Karola ciągle, codziennie o tym myślę.

Przeważnie uśmiechnięta, choć dość często „przez łzy”, ale jednak. Życia nie miała łatwego, ale mimo wszystko je kochała. Sama potrzebująca pomocy, pomagała Innym. I w „nagrodę” zabrano Ją z tego Świata. Osierociła Córkę.

Ciężko mi pisać o Kimś, z Kim widziałem się parę dni temu, a teraz już wiem, że więcej się nie zobaczę. Nie zamienię słowa, żartu. Lubiłem rozmawiać z Moniką o fotografii. Bardzo ją lubiła. Mile łechtała moje ego chwaląc moje zdjęcia. Potrafiła przesiedzieć kilka godzin wertując moją stronę internetową. Szczególnie lubiła Naturę, kwiaty. Zawsze marzyła o dużym, pięknym zdjęciu na ścianie. Ostatnio kupiła sobie tulipany. Ładne, tak się z nich cieszyła…

Raz poprosiła mnie o zrobienie zdjęcia. Chciała być sportretowana. Przyszedłem z aparatem, prawie nie przygotowany, i zrobiliśmy mini sesję. Bez oświetlenia studyjnego, takie proste zabawy z aparatem i Modelkami. Córcia też pozowała, choć nie tak chętnie jak Mama… Przyniosłem wydrukowane zdjęcia, w czarnobieli, bo takie chciała. Zobaczyła. I się popłakała. „To ja jestem taka ładna?” – zapytała. Oczywiście – odpowiedziałem i cieszyłem się, że się spodobała moja praca. Chwaliła się tymi zdjęciami przed wszystkimi Znajomymi. Było widać radość. Umiała się cieszyć… z niczego… A tak chciała jeszcze zrobić sobie sesję pośród ludzi. „Ty to tak ładnie potrafisz wyłuskać Człowieka z tłumu” – mówiła – „Chciałabym abyś mnie sfotografował na tle rozmytego tłumu ludzi”. Już tego nie zrobię. I żałuję. Zawsze COŚ przeszkadzało…

Wszyscy kiedyś spotkamy się ze Śmiercią, to nieuniknione. Ale spotkania tak MŁODYCH Ludzi z tą „Damą” przyprawiają o dreszcz… Smutku, żalu… Bezsilność wobec takich zdarzeń potrafi rozedrzeć duszę…

Żegnaj Moniko… Pozostaniesz tutaj. W Pamięci…

Pamięci Moniki Figiel

Teoria Ewolucji (5 kwietnia 2013)


-Kopernik?! Kopernik była Kobietą!!!

Tia…

Panie Juliuszu, czas na nowy scenariusz. Nowej „Seksmisji”. Wiadomo co teraz jest „trendy”…

-Kopernik? Kopernik był gejem!!!
-No oczywiście, a Caryca Katarzyna lesbijką…

Choć, kto wie, co odkryją…

Czy jestem homofobem? Chyba nie. Zawsze miałem obojętny stosunek do tej mniejszości seksualnej. Odnosiłem się do tego z pewnym dystansem. Jednak obecnie wszystkie media usilnie pracują nad tym, abym homofobem się stał, i to dość radykalnym.
Co mnie skłoniło do napisania tego tekstu? Skłoniła mnie przeczytana ostatnio analiza „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego autorstwa Elżbiety Janickiej z Instytutu Slawistyki PAN. „Miłość Zośki i Rudego jak ta Achillesa i Patroklesa”. Choć Homer w Iliadzie opisuje, że obaj bohaterowie sypiali z Kobietami, to jednak ich zażyłość dziś, a nawet już w Starożytności była postrzegana jako homoseksualna.
Moda? Chęć szokowania, zaistnienia? Czy skrupulatne doszukiwanie się „prawdy”? Nie wiem. Wiem tylko tyle, że o „tajemnicach alkowy” się nie mówi. Nie tylko o swoich, ale również drugich i trzecich. Czy dzisiaj cierpimy na istotny „brak intymności”? Chyba tak. Wszystko podlega niesamowitej wiwisekcji. Cokolwiek byś nie zrobił szuka się aspektów „homoniewiadomo”, czy jakiś innych pobocznych. Nie ma TABU. I ten brak TABU zaczyna mi przeszkadzać. Przynajmniej w sferze intymnej.
No strach się bać! Witając się z kolegami na plenerze foto na tak zwanego „misia”, poklepując po ramionach… ktoś z boku zaraz wyciągnie wnioski… Banda gejów. Mieć przyjaciela, z którym jeździ się na długie wyjazdy fotograficzne… No jak nic oni są Homo…
Teraz już wiem dlaczego umarła marka piwa EB. To po reklamie tegoż piwa, w której czwórka młodych ludzi wspólnie sikała na śnieg. No tak, czterech gejów, jedno piwo. Homofobia społeczeństwa zadziałała.

Czy aż tak ważnym społecznie jest temat gejów i lesbijek? Przecież to jest, jakby nie patrząc margines, o przepraszam lepiej napisać niewielki odsetek Społeczeństwa. Więc nie lepiej poświęcić temu tematowi odpowiednio wiele miejsca w mediach? Nie…

Byli, są i będą. To pewne. Ale po co cała ta zadyma? Dla mnie zaczyna to być nie tyle śmieszne, co żałosne. Jakby nie patrzeć, prokreacja Homo (ledwie) Sapiens przebiega tak a nie inaczej. I nikt tego raczej nie zmieni. Tak więc przyszłość i losy tego „ziemskiego bytu” Homosapiensów leży w gestii hetero.

Teraz z niekłamaną niecierpliwością czekam na nowe opracowania Starego Testamentu, mitu o Adamie i Ewie, i pewnie dowiedzie mi się to, że Adam był gejem, a Ewa lesbijką. I cały mit o grzechu pierworodnym szlag trafił… A tak było dobrze… mi z tym…

I pewnie doczekam się tezy i dowodu, iż brakującym ogniwem w Teorii Ewolucji Darwina były geje i lesbijki. A co? Niemożliwe?
Niemożliwe… to zapłacić kartą w Biedronce.

Pozdrawiam, bez podtekstów…

… i tylko Bocianów mi żal… (3 kwietnia 2013)

…a Zima niech trwa…

Wiosna? Przyjdzie? Tak wyczekiwana w tym roku… Wyczekiwana, ale czy przez Wszystkich? Chyba jestem wyjątkiem. Nie czekam na Wiosnę. Zastanawiam się czy jeszcze kiedyś przeżyję Wiosnę, piękną, radosną, pełną budzącego się życia wokół. Jak na razie nie pragnę tego. Dla mnie nastała Zima. Zima, która mnie zamroziła, opatuliła grubo, oddzieliła od Ludzi, od Świata. Stwierdzenie „budzenie się do życia” przyprawia mnie o ciarki na plecach… i łzy…
Przyzwyczailiśmy się do schematu. Wiosna, Lato, Jesień, Zima. A jak schemat zawodzi? Panika? Narzekania? Tak… Mimo tego, że staramy się być ORYGINALNI, NIEPOWTARZALNI, WYJĄTKOWI, to jednak jesteśmy „Niewolnikami” schematów, choć tak trudno się nam do tego przyznać.
Może Matka Natura daje nam do zrozumienia… że nie zasługujemy na Wiosnę. A zasługujemy? Na to co wydawałoby się tak niesamowicie oczywiste? Może Wiosna nie chce przyjść do serc zamkniętych, skomercjalizowanych, wyuzdanych w pewien sposób. Sam takie mam. Serce. Na dodatek jeszcze puste…
Wiosna jest jak Nadzieja. Na lepsze, dostatnie, szczęśliwsze życie. A jak nie ma Nadziei? To i miejsca na Wiosnę nie ma.

… i tylko Bocianów mi żal… bo One w niczym nie zawiniły. Ale takie jest życie. Kowal zawinił, a Cygana powiesili. Sprawiedliwość? Mrzonka…

Dla Ludzi nie ma litości. Najwyższy. To może niech choć nad Bocianami się zlituje…

Wiosna…

PS.

Przecież Lamia, Emma, Albert i Maks dzięki Boćkowi przeżyli. Czyż Życia (dzieci) nie przynosi? Im przyniósł. Powtórnie. I to jakie. Heh…

Spotkanie z… (25 marca 2013)

-Fajny mecz w piątek oglądałem!
-Momenty były…?
-No, ba!

Stadion Narodowy Warszawa. Piątek 22 marca Anno Domini 2013. Na murawę wychodzą Orły. Od piłki kopanej. Drapieżne, spragnione sukcesu, skrzydła rozwinięte. Część owych Orłów niczym husaria do ramion przypięte skrzydła ambicji i woli walki mają, atak zapowiadają… Atak na trójzębnych, niebiesko żółtych, którzy wyglądają jakby na zagubionych… ale… ale to tylko gra. Gra pozorów oczywiście…

Nagle, cóż widzę. Metamorfozę. Zmianę, która mnie zaskakuje, ale jakże pozytywnie… Te zacietrzewione Orły przemieniają się w Anioły. Anioły miłosierdzia, spokoju, pokory. Widzę, jak stroje zmieniają się w długie zakonne szaty, korki w sandały (pewnie dlatego się przewracali, trawa śliska). No jak nic… Zakon Franciszkanów. Dobroć, pokora zapanowała na murawie. Jeden policzek? Nadstawiają zaraz drugi… Te zasady panować zaczynają. Serce mi rośnie. Duma rozpiera…

Zrealizowali plan. Tajny plan. Nie widzicie tego? Oni zobaczyli, i schowali swoją dumę, próżność głęboko. Oddali się całkowicie. I to nie drużynie przeciwnej, lecz nam. Narodowi Polskiemu. Dlaczego?

Kraj w kryzysie. Bieda zaczyna piszczeć coraz głośniej. Tak głośno, że niedługo propagandę przekrzyczy. Oni to zobaczyli, usłyszeli i zareagowali. Zrezygnowali z wyjazdu gdzieś na drugi koniec Świata, tylko po to aby sobie pokopać w piłeczkę. Czujecie już to? Czujecie?

Cieszmy się! Radujmy! Przecież tyle zaoszczędzimy. Miliony, aby nie powiedzieć setki… Oni wiedza, że jest Ich około dwudziestu kilku, plus sztab… ale te kilkaset Działaczy, którzy musieliby wspomagać poczynania naszych Orłów, tam w Rio… Po co nam to? Po co? A nie daj Bóg, jakby wygrali… Premie… i znów miliony… a przecie głupio odmówić… Nie wspomnę o kosztach transmisji TV dla uczestników Mundialu… Krwiopijcy. A tak… będzie taniej. Na pewno.

Szef od rozdziału, przepraszam, od konfiskaty manny biedoty, prześwięty Jacenty z Rostowa ręce zaciera, bo dziura w jego szatach (niech każdy je całuje) się nie powiększy…

A tak… jak zaoszczędzimy, bo zrobimy to na pewno, ułamek procenta poświęcimy dla biednych, potrzebujących. Zrealizujemy wizjonerski plan dożywiania głodnych dzieci autorstwa Nstefanusa. Wiecie ile szkół można obsadzić szczawiem i mirabelkami za ułamek zaoszczędzonej kwoty? Łzy mi kręcą się w oczach, gdy widzę uśmiechnięte i szczęśliwe, umorusane, malutkie buzie, w których znika szczaw i mirabelki… Szczęśliwe pełne brzuszki… No serce mi rośnie… Aż w klatce uwierać zaczęło…

I znów pismaki dali ciała. Nic nie zakapowali. Piszą. Klęska! Parodia! Blamaż! Jakże krótkowzroczni są ci oni… oj jakże…
Jestem pełen podziwu dla oddania i poświęcenia tych Chłopców. Dla Innych skrzydła dali sobie podciąć…
Więc… ja tylko mogę skromnie wykrzyczeć jedno słowo…

DZIĘKUJEMY!!!!!!

… i nie dajcie się skusić szatańskiej pysze jutro. Orły. Dzieci i ja na Was liczę… Ukorzcie się… W imię…

W nocy wszystkie są czarne (20 marca 2013)

Spotkałem

Kiedyś

Koty

Z Ulicy

Sezamkowej…

W nocy wszystkie są czarne. I coś w tym jest. Pięknie oczy się im świeciły. Widziałem oczy i słyszałem ich przyjemne, gardłowe pomrukiwanie. Od czasu do czasu dało się usłyszeć bardzo spokojne, lub bardziej żywiołowe wymiany zdań pomiędzy futrzakami. Niespodziewanie się zaczynały, tak i niespodziewanie się kończyły. Istna sielanka. Mruczanka. Jak ja im zazdrościłem. Tego spokoju, obojętności, niespieszności, tej leniwej nonszalancji wobec tego co dzieje się wokół. W momencie… chciałem zostać kotem i do nich dołączyć. I najbardziej chciałem zostać takim „kocim idiotą”. Bo Ci są najszczęśliwsi na Świecie. Dostojewski świetnie to opisał, tak na marginesie mówiąc. A ja tak zapragnąłem chwili szczęścia. Bezwzględnego. Najprostszego. Czystego. Szczęścia.

Zmęczył mnie Świat. Zmęczyło życie. Czuję się oszukany. Przez Życie. Zdaję sobie z tego sprawę, że wielu może podejść i powiedzieć… „A co Oni mają powiedzieć?” I wskazać mi ludzi, którzy t e o r e t y c z n i e mają „gorzej” niż ja. Zgadza się. Są tacy. Może i bardzo wielu takich. Moje zmęczenie jest wynikiem zmęczenia mojej Psyche. Wiele zniosłem, wiele jeszcze pewnie zniosę. Bo – ponoć- muszę. Ale czy muszę?

Koty… Te mają swoje drogi. Swoje kocie obyczaje. I ja tak najzwyklej na świecie zapragnąłem takiej swojej niezależnej, indywidualnej, autonomicznej drogi. Drogi przez życie. Dość mam ciągłego stawiania znaków nakazu i zakazu przez TYCH, którzy mądrościami swoimi chcą ułożyć mi drogę. Drogę pełną dziur i fotocośtam. Dość mam targania na moich plecach ich bagażu. Przecież mam swój. Dość…

W otulinie czarnej, ciepłej nocy, chcę drogi, swojej, na której to ja znaki stawiam. Może i bezdennie głupie, ale swoje. Chcę przejść tą drogą cicho, spokojnie, anonimowo, bezszelestnie. Niezauważony… I mam taką ochotę pomruczeć. Ze szczęścia.

Popatrzcie na te KOTY na fotce… Czyż nie są szczęśliwe? Mimo ciemności? Ale One są z ulicy Sezamkowej.

Ja mieszkam na Koszmarnej 4…

Zezwierzęcenie? (8 marca 2013)

Słucham radia, oglądam telewizję, czytam gazety, przeglądam Internet… i momentami ogarnia mnie niesamowita złość na tych, którzy pobierali nauki w szkołach kształcących dziennikarzy. A o co mi konkretnie chodzi? A o kwestię wyboru, o której już kiedyś pisałem, a szczególnie w tym przypadku DOBORU słów przy określaniu czynności, które głównie dotyczą tylko i wyłącznie Ludzi.
Zezwierzęcenie. Ten termin jest tak niesamowicie nadużywany, a według mnie używany niepoprawnie. Czy mamy prawo obwiniać naszych Braci Mniejszych o czyny popełnione przez istoty, które określają się mianem najbardziej inteligentnych na tym Świecie? Jakim prawem wkraczamy w poukładany, rządzący się doświadczeniem milionów lat ewolucji świat zwierząt i przypisujemy im świadomie, lub nie (w większości przypadków) nasze ludzkie obyczaje?
Pycha. Najgorszy z możliwych grzechów. Obcy Światu Zwierząt, ale niesamowicie bliski Światu Człowieka. Ba! Nieodłączny! To nasza pycha pcha ludzi w określanie rzeczy strasznych, niepojętych, ohydnych mianem „zezwierzęcenia”. Nie mogę się z tym zgodzić. To mnie bardzo boli. Obrażamy istoty, za które powinniśmy się czuć i coraz bardziej czujemy się odpowiedzialni. Czasami anormalne zachowania zwierząt wynikają z ekspansji Człowieka w naturalne środowisko innych gatunków. Zabieramy im przestrzeń życiową, okradamy z żywności (Np. masowe, niekontrolowane odłowy ryb), trzebimy beznamiętnie. Człowiek potrafi zrazić do siebie. Oj potrafi. Życie w harmonii z naturą było, jest i będzie podstawą spokojnej i dobrej egzystencji na tej Planecie. Szkoda, że dostrzegamy to dopiero po fakcie. (Czyli nie tylko Polak mądry po szkodzie…)

Protestuję przed używaniem tego terminu. Zezwierzęcenie? Czasami patrzę o oczy mojej ślicznej jamniczki Sisi i wydaje mi się dostrzegać wiele mądrości w tych oczach. Życzę sobie, aby wszyscy dookoła mnie mieli tyle radości, ufności i czułości co Sisi. Zezwierzęcajcie się Ludzie, na obraz i podobieństwo mojej Sisi. Świat na pewno będzie lepszy. I to o wiele…

A wystarczy wysilić się, pomyśleć… i napisać. WYNATURZENIE. Nie zezwierzęcenie. Nie mamy do tego prawa. Żadnego. Bracia Mniejsi mają swoje własne prawa. Niepisane. I prawa te mają miliony lat. I dzięki nim przetrwali. A jak owe prawo się nazywa? NATURA. To ma być zezwierzęcenie?

Pyszne to powinno być jedzenie. Nie My. Ludzie.

Miauuuuuuu…

Rzeka (7 marca 2013)

Żyć trzeba… dalej?

Żyjemy. A tak nam się przynajmniej wydaje. Jaka jest ta nasza codzienna egzystencja? Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym zagadnieniem? Wstajesz rano, idziesz do pracy, wracasz, zajmujesz się czymś co wydaje Ci się najważniejsze, może odpoczniesz, kładziesz spać… i tak dalej… codziennie schemat się powtarza. Człowiek jest jak ten koń w kieracie, kręci się bez sensu w kółko, ale w przeświadczeniu, że robi rzeczy ważne, potrzebne. To jest mu potrzebne do dalszej egzystencji, świadomość, że jest potrzebnym, a może i wręcz docenianym… Od czasu do czasu wydaje się nam, że odpoczywamy, odrywamy się od codzienności. Ale tak na prawdę odrywamy się? Pozwalają nam na to?

Od śmierci Karola wiele się we mnie zmieniło. Bardzo wiele. Tempo mojego życia uległo niesamowitej inercji. Do tej pory płynąłem z prądem życia, rzeką szeroką, pełną ludzi obok mnie. W ułamku sekundy zwolniłem… nagle poczułem ten wartki nurt na swoich plecach, nurt życia, i tych wszystkich „pływaczków” obok mnie, którzy zaczęli mnie wyprzedzać, bezceremonialnie i bezmyślnie obijając się o mnie.
Życie jest jak rzeka, porywa nas w swoje nurty, kręci nami, wciąga w wiry, powoduje, że toniemy, osiągamy dno, by znów wypłynąć, choć na chwilę. Wielu nie wypływa… wielu. Staramy się jakoś sterować, wiosłować, aby szybciej, aby lepiej, wygodniej… Ja straciłem sterowność, wpłynąłem na mieliznę, i spoglądam zdziwionym wzrokiem na to co się dzieje wokół mnie. Mam ochotę wyjść z tej rzeki, stanąć na jej brzegu, i spokojnie popatrzeć na to co się w tej „rzece” wyrabia… I co widzę…?
Dużo płynie pod wodą, jeszcze więcej szamocze się na powierzchni… ale są i tacy, którzy z tych szamocących się w nurcie zrobili sobie tratwę, i na ich grzbietach wygodnie podróżują. W usta woda im się nie nalewa, więc głoszą wszem i wobec swoje „prawdy”, które w prawa przeistaczają, grożą pływakom, gdy kurs obierają niezgodny z ich wizją. Mówią, jesteśmy u steru, wiemy gdzie płynąć, słuchajcie nas, przecież MY wybrani. Pływaczki – wybrane…
Tak… jest coraz więcej takich, którzy chcą przez życie przejść, przepraszam przepłynąć, suchą stopą, mając w rękach nie wiosło, lecz ster.

Nie chce mi się wracać w ten nurt. A jak już, to chcę płynąć własnym kursem, spokojnym, stonowanym. Moja wyporność drastycznie się zmniejszyła… I boję się, że zbyt często będę spoglądał wstecz. Bo chciałbym raz jeszcze zobaczyć jak płynął Karol. A pływał dobrze. Krzywdy nikomu nie zrobił…

Wszyscy dopłyniemy do końca rzeki wędrówki, to pewne. Ale niech to pływanie będzie godne i jak najdłuższe. I bez dotykania dna.

Życie… czyż nie rodzi się w wodzie?

Człowiek z baru przekąskowego w… (4 marca 2013)

Siedziałem przy stoliku, schowanym gdzieś w czeluściach baru, niewielkiego, ale za to niezmiernie przytulnego. Dłonie obejmowały filiżankę ciepłej aromatycznej herbaty. Panowała półsenna, nieśpieszna atmosfera, jakby czas spowalniał w tym miejscu nic nie robiąc sobie z zasad fizyki. Moją uwagę zwrócił na siebie Człowiek siedzący nieopodal „mojego stolika”. Patrząc zamyślonym wzrokiem przed siebie, bezwiednie dłubał widelcem w talerzu z resztkami dania „szef kuchni wczoraj polecał”. Było w Jego twarzy coś niesamowicie intrygującego, jakaś niesamowita niemoc, ból, troska, zmęczenie. Choć sam nie mam powodów do radości, i uśmiech praktycznie znikł mi z twarzy, to patrząc na tego Człowieka wzbierała we mnie fala współczucia…
W pewnym momencie drzwi baru otworzyły się gwałtownie, senna atmosfera baru znikła w ułamku sekundy. Dla mnie, ale nie dla Sąsiada, który nadal nakłuwał resztki jedzenia widelcem i patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. „Autor” zamieszania energicznie poruszał się po lokalu, złożył szybko zamówienie i zaczął z ciekawością rozglądać się po pomieszczeniu. Jego wzrok przykuł Człowiek z widelcem, po czym energicznie ruszył w Jego stronę…

-Witaj Kaziu! Kopę lat! Jak miło Cię widzieć?
-???
-No co Ty… nie poznajesz? Zbysio! Mąż Anki!
-Aaaa… no tak…

Nie pytając o zgodę Zbysio energicznym ruchem ustawił krzesło tak, aby zająć miejsce obok Kazia, czyli Człowieka z widelcem. Wydawało mi się, że nie był zachwycony takim obrotem sprawy, ale ze zrezygnowaniem tylko kiwnął głową.

-No opowiadaj co tam u Ciebie słychać. Tak dawno się nie widzieliśmy, ale sam wiesz, że to cholerne życie tak zapieprza, że na zakrętach trudno wyrobić. No co jest?
-A… nic ciekawego. Nic.
-Widzę, że wyglądasz jakbyś dopiero co z krzyża został zdjęty – powiedział rezolutnie Zbysio, uśmiechając się przy tym filuternie i mrużąc wesoło oczka.
-Na krzyż… to ja się dopiero chyba wybiorę – skwitował kwaśno Kazio.
-Co za czarnowidztwo? Co się dzieje? Mów!
-Zachorowałem.
-Każdy kiedyś choruje. I co z tego. Do doktora, zapisze piguły, badania, i się wyleczy. I po sprawie.
-Właśnie wracam z przychodni…
-I…
-I nic. Nic nie załatwiłem. Szlag mnie trafił. Muszę czekać 9 miesięcy, aby dostać się do specjalisty.
-No tak. U nas to niezły burdel panuje w tej Służbie…
-Burdel? To nawet burdel nie jest. Powiedz mi Zbysiu kto tak dokładnie skopał coś co funkcjonowało przez lata…
-Pewnikiem jakiś… kopacz! – śmiech…
-Kopacz powiadasz… chyba masz rację, mam nadzieję że już wykopano tego kopacza ze stanowiska.
-No ba! Oczywiście!
-Siedzi?
-Co Ty zwariowałeś? U nas? Za co? Za skopanie? hehehe Kaziu… obudź się. Jak znam życie, to tylko w górę. Może nawet robić za laskę marszałkowską…
-Boże Ty to widzisz i nie grzmisz. Przecież tyle płacimy na tę Służbę. Skarb Państwa powinien pomóc, aby rozwiązać problemy…
-Kaziu? Ty wiesz co się wokół Ciebie dzieje? Skarb Państwa? Przecież on jest po niezłym gradobiciu…
-Gradobiciu? Co Ty wygadujesz!? Co może spowodować gradobicie w Skarbie Państwa?
-A grad.
-No tak. Tylko grad gradobicie spowodować może… – powiedział z ogromną rezygnacją w głosie Kaziu.
-Uszy do góry Kaziu! Nie dawaj się!
-Masz rację Zbysio. Idę do domu. Dzisiaj Nasi grają. Przynajmniej popatrzę sobie na sport.
-I tak trzymaj Kaziu. Widzisz przynajmniej u Nas sport jest taki, że mucha nie siada…

Oderwałem swoją uwagę od dyskusji dwóch Panów (szkoda, że nie w czerni) i teraz z kolei ja zatopiłem się we własnych myślach. Boże… gdzie ja żyję, za jakie grzechy to wszystko mnie spotyka. No tak… Jest gorzej niż było, ale zdecydowanie lepiej niż będzie… W końcu kto tym wszystkim zawiaduje? Kaczka dziwaczka? Chyba…

SzaroStan (21 lutego 2013)

A900 + ZA 85/1.4 T* + światło błyskowe

Często egzystencję na Trzeciej Planecie od Słońca przedstawia się jako feerię barw. Bo Świat jest barwny, wspaniały radosny… Ale można, i to dość przekonująco przedstawić naszą egzystencję w tonacjach SZAROŚCI. I jest to tonacja nader przyjemna, ostatnio znów wracająca do łask wśród amatorów przedstawiania i dokumentowania życia za pomocą aparatu fotograficznego. Ale ja nie o fotografii, którą bardzo lubię, żeby nie powiedzieć kocham…

Dwa skrajne bieguny – Biel i Czerń. A po środku – nieskończoność odcieni szarości. I ten „środek” jest najciekawszy, aż się chce powiedzieć przekornie „najbarwniejszy”. Bombardowany informacjami o społeczeństwach zacząłem postrzegać „ludzkość” w skali mikro i makro jako właśnie paletę poczynając od czerni a na bieli kończąc. I smuci mnie niezmiernie fakt, że szarość umiera. Coraz mocniej widać, że przejście od jednej skrajności (Bieli) do drugiej (Czerni) jest mniej płynne, mniej rozmyte, bardziej ostre, kontrastowe. Zaczynamy być społeczeństwem „Logiki Boolowskiej”, czyli zero – jedynkowym. Albo Biały, albo Czarny. Nie ma miejsca na Nikogo „po środku”. Albo inaczej mówiąc jest tego miejsca coraz mniej. Każdy zaczyna coraz mocniej chcieć zaistnieć w „Bieli”, kosztem Tych, słabszych, których spycha się do „Czerni”. A Społeczeństwo rozmyte jest takie ciekawe, i zdrowe. Bo jak zaznaczyłem na wstępie, szarości jest nieskończenie wiele, wydawałoby się…
Biali coraz mocniej okopują się na swoich pozycjach, jest ich niewielu w całym zbiorze. Okopywanie to skutkuje tym, że Czarnych przybywa w zastraszającym tempie. I Czarni generowani są właśnie z szarości, gdzie spokojnie sobie egzystowali ciesząc się z łagodnych przejść pomiędzy jasno i ciemno szarym… Smuci to, że przejść łagodnych już nie ma, są tylko skoki, na razie mniejsze, ale z każdym dniem skoki te rosną, łagodność przejść zanika. Coraz mocniej się trzeba wybić, by trafić w jaśniejszą strefę skali. Mało Bieli, dużo Czerni… układ traci równowagę, tym bardziej, że brakuje ŚRODKA, szarości, tego „Ośrodka – Środka Ciężkości”. W końcu wszystko się „przewróci”… i właśnie, dokąd powróci?

Piękna Szarość, to gwarant spokoju i ładu. Nie bagatelizujmy szarego. Nie niszczmy Go. Kochajmy szare. Bo czyż… to nie SZARE rządzi w mózgu?

Kłaniam się nisko…

„Szara Eminencja”

Sztuka wyboru (15 lutego 2013)

Przeglądam prace na digarcie, i nagle przykuwa moją uwagę pewna koszulka. Od razu mi się spodobała. Czarna, z pięknym wyjącym wilkiem na piersiach. Napisałem komentarz i zapytałem czy można „coś takiego” zamówić. Dostałem odpowiedź, że i owszem. Po uzgodnieniu szczegółów wpłaciłem odpowiednią kwotę… i otrzymałem pytanie… Jaki wzór ma być na koszulce…
No i się zaczęło. Dzika gonitwa myśli, jaki wzór, a może dwie, może trzy? Czy ostatnio widziałem coś interesującego co nadawałoby się na koszulkę… W pewnym momencie aż sam z siebie się zaśmiałem. Przecież dokonałem wyboru, spodobał mi się ten Wilk, czego ja znowu chcę… Zastopuj, powiedziałem sobie. Odpisałem, chcę wilka jak na obrazku i… tyle.

Wybór… to czynność, która towarzyszy nam w każdej sekundzie naszego życia. Czy chcemy czy nie chcemy zawsze dokonujemy wyboru. Czasami jest to wybór świadomy, czasami intuicyjny, podświadomy wręcz, ale zawsze wybór…
Już w przysłowiu „Osiołkowi w żłoby dano…” mówi się nam, że alternatywa może zabić. I to alternatywa składająca się tylko z dwóch opcji. Owies, czy siano. A jak Człek ma… alternatywę stukrotnej opcji? Szok! Się kiedyś wchodziło do „Monopola” po trzynastej oczywiście, i prosiło flaszkę. I była… flaszka. Teraz jestem świadkiem jak 45 minut Ktoś kupuje butelkę alkoholu… i odchodzi z niczym, przy posiadaniu pełnego portfela. Nie potrafi, a czego nie potrafi? Nie potrafi wybrać…
Wybory… toż to najważniejsze SŁOWO „DEMOKRANCJI”. Szczególnie nabiera tej ważności tuż przed wyborami. Później jest marginalizowane, ale to jak większość Was wie zjawisko typowo okresowe.

Dobieranie, wybieranie, przebieranie… wiele pochodnych wyborów jest na tym Świecie.
Rzadko kiedy rusza mnie wybór polityków (dewaluacja tej grupy społecznej jest tak wielka, że najlepszy z najlepszych programów zaradczych profesora Balcerowicza nie jest w stanie jej pomóc), ale ostatnio wybór słowa, którego dokonała niekwestionowana dama polskiej i europejskiej polityki, wybitny obrońca praw zwierząt, najświeższy ze świeżych powiew znad Pomorza, przesłodki głos wybrzeża, Trójmiejska Pimpalimpa, czyli Jo Sen u Szyn. A cóż za magiczne słowo to? Ano… „skarlał”. Wyjątkowo wredny wybór, a można łagodnie i elegancko zaznaczyć owo”zmniejszenie” znaczenia. Ale ten wybór był głęboko przemyślany… oj głęboko.

Hmmm….

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha?
Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?
To nienawiść gorąca wprawiła to w ruch,
To żółć, co z wątroby rurami do tłuków,
A tłuki ręcami ruszają z dwóch buków
I gnają, i pchają, i Jo się toczy,
Bo para te tłuki wciąż tłoczy i tłoczy,,
I ręce turkocą, i puka (się), i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…
Jo… hej… Jo… Jo… Śnij, khy, khy Sen u Szyn…

Tak. Jestem wredny i złośliwy. Przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę.
A Wam… życzę jak najlepszych wyborów. Wyborów takich, które zaowocują radością, dobrem i uśmiechem w przyszłości, ale i teraźniejszości. No i oby Wasze wybory nie gnębiły bliźnich…

Sami… wybraliście… , aby przeczytać ten tekst. Przepraszam…