Goliat na Pchle (9 września 2013)

Niezapomniany Jan Kaczmarek z Kabaretu „Elita” śpiewał:

„…Oj naiwny, naiwny, naiwny,
Naiwny jak ćma,
Co w ogień się pcha.
Jaki sens to ma
Gdy nie warta świeczki gra…”

Dlaczego piszę o NAIWNOŚCI… Bo sporo ostatniej nocy o niej myślałem. Jestem naiwny do bólu. Jak przysłowiowa ćma, co w ogień się pcha. Ale ta ćma… raz jeden, jedyny w ten ogień się wepcha i zginie. Ja niczym Feniks odradzam się z popiołów swojej naiwności. Ciągle wierzę Ludziom, ciągle mam do nich zaufanie, ciągle jestem zbyt wylewny. A jednak… moja naiwność się nie zmniejsza. Niczego mnie nie uczy. Nadal wierzę choć… po tej nocy mogę się zmienić (choć nie muszę, bo jakiś gen mam uszkodzony). Bo ile razy można być oszukiwanym? Ile razy można się zawodzić? Ile razy z niedowierzaniem patrzeć Komuś w oczy, w których widać szydercze iskry, lub widzieć uciekający wzrok od mojego? Tak w nieskończoność? W końcu pokłady mojej naiwności też nie są niewyczerpane.

Ale z drugiej strony, ta moja naiwność pozwala mi żyć tak jak lubię. W wierze, że będzie dobrze, że mogę liczyć na drugiego Człowieka. Na lepszy los…

Roluje Cię „Władza”. Roluje Cię Szef. Kolega. Nie daj Boże Przyjaciel… Nie jesteś kielichem w kształcie paraboli obrotowej, który to brzegów nie ma i napełnić się go nigdy nie da. Każdy z Nas jest naczyniem skończonym. W końcu wpadnie ta kropla, która czarę goryczy przeleje. A gdy ta gorycz się rozleje, zamykasz się, coraz szczelniej, coraz silniej. Stajesz się społecznym odludkiem, żeby nie powiedzieć wyrzutkiem. Samotnikiem… który mimo wszystko nadal w COŚ wierzy. Ale w co…?

Oby nigdy nie dopadło Nas to, że nawet będąc w pełnym blasku Słońca, czujemy ciemność wokół siebie.

Wierzę, że tak będzie. Naiwnie.

Skok Stulecia (6 września 2013)

Przeciągnął się z zadowoleniem. Chytry uśmieszek błądził na jego ustach. Czuł się zadowolony.

– Majstersztyk… – mruknął pod nosem i uśmiech jeszcze bardziej przyozdobił jego twarz.

Właśnie wygrał wewnętrzny bój o władzę, władzę której nigdy nie odda. O nie! Niedoczekanie! Płaszczyzna Opatrzności jest moja! Niech sobie WinGoem robi podchody, ale ja przechytrzę go wcześniej. Rozmyślał , i te rozmyślania były niczym miód lejący się na jego serce. Pomysł z głosowaniem via poczta, to Majstersztyk. Przekręt nie wypatrzenia. 50% głosujących? Heh… a to dobre, pomyślał. Spojrzał z rozrzewnieniem na niszczarkę dokumentów stojącą w rogu pokoju. Gdybyś TY umiała mówić… Nic to, dalej jestem Wodzem, mam listę niepokornych w Płaszczyźnie, sami się podłożyli głosując… Z AlkiemŻ, SonemGodem i WinGoem się prawie rozprawiłem, paru się solidaryzuje i zawiesza, to też jakoś się rozwiąże. Tylko ten Grzechetyna… Co on kombinuje? Twarz nagle zasępiła się, i uśmiech znikł z oblicza Wodza. Myśli niczym czarne chmury przykryły samozadowolenie.

Taki Kim Dzon Un to ma dobrze. Robi co chce, a ja muszę się męczyć z tą Demokracją. Ale fakt, TE z nad Wisły trawy by nie żarły, piosenek na moją cześć nie śpiewali, pomników nie stawiali. Trzeba się dostosować do warunków. Myślał, i znów dobre samopoczucie zaczęło wracać.

– Bądź pozdrowiony Don Aldinio!

Wyrwany z rozmyślań podniósł głowę i zobaczył wchodzącego do gabinetu RoJaVi.

– Witaj RoJaVi, dobrze że przyszedłeś, musimy pogadać. A jest o czym…

RoJaVi usiadł w fotelu naprzeciw Don Aldinia, pochylił się lekko w jego kierunku i odparł…

– Zamieniam się w Ucho.

– Widzisz drogi RoJaVi słupki nie kłamią, przegrywamy. Płaszczyzna Opatrzności ma coraz niższe notowania, Prawdziwi i Spragnieni wyprzedzili nas i zaczynają samotnie liderować w sondażach… Wniosek? Będziemy musieli oddać władzę przy następnych wyborach. Nie zaprzeczaj! – powiedział z naciskiem i gestem ręki osadził RoJaVi unoszącego się w akcie sprzeciwu – Wiem co mówię. Jestem realistą. Będziemy musieli oddać władzę, ale oddać na naszych warunkach…

– A jakie to miały by być warunki? – wtrącił pytanie RoJaVi.

– Musimy poczynić takie działania, aby władza Prawdziwych i Spragnionych dostała czkawki. Już teraz musimy zapoczątkować procesy, które przy odpowiedniej inercji zaczną owocować gdy u steru będzie JarKaczka. I ta czkawka musi być taka, żebyśmy najwyżej po czterech latach znów wrócili tam, gdzie nasze miejsce.

-Da się zrobić – odpowiedział z  chytrym uśmieszkiem RoJaVi.

– Że się da, to ja wiem. Ale te cztery lata jakoś musimy przeżyć. Musimy sobie zapewnić środki na przetrwanie, tym bardziej, że niestety ale może udać się przeforsowanie wniosku o zakazie finansowania z kasy Krajowej.

– No tak. – powiedział z przejęciem w głosie RoJaVi. – A nic nie tanieje… Cygarka, koniaczki, łyskacze mają się w cenie. W knajpach też drogo. A żyć trzeba…

-Widzę, że chwytasz w lot wszystko mój drogi RoJaVi. A skąd „wziąć” jak w Kraju kryzys?

-Kryzys? Przecież dopiero co drogi Don Aldinio w Krynicznym Zdroju ogłosiłeś, że ON poza nami…

– RoJaVi – przerwał zniecierpliwionym głosem Don Aldinio – czyżbyś nie poczuł słynnego „Dymu” Płaszczyzny Opatrzności? Jaja sobie robisz? Nie udawaj głupszego niż jesteś! Jest kicha i tyle. Skąd brać? Już nie ma co doić…

-Hmm… – głośno RoJaVi zakomunikował początek etapu myślenia. – Jest jedna rzecz, która może się udać…

– A mianowicie? – spytał Don Aldinio głosem pełnym zaciekawienia.

– Ofiary Fanów Egzystencji…

– Co z tymi Ofiarami Fanów Egzystencji?

– Bo widzisz drogi Don Aldinio od kilkunastu lat Naiwni co miesiąc składają ofiary na rzecz przyszłej, starczej egzystencji. Te chytrusy co Ofiarami Fanów Egzystencji zarządzają za cholerę zyskami dzielić się nie chcą, grają na giełdzie, bez ryzyka, że własne stracą… a to KUPA kasy… Oj! Wielka… KUPA… Kasy…

-Nie do ruszenia… – z powątpiewaniem w głosie przerwał głośne rozmyślania RoJaVi Don Aldinio.

-Nie ma rzeczy nie do ruszenia. Nawet Piramidę w Gizie można ruszyć… Tak sobie myślę, że odpowiednia argumentacja, jakiś „Dymek” Płaszczyźniany… i może się udać…

-Ale jak? – zapytał zniecierpliwiony Don Aldinio.

-TROSKA!

-Troska? Co Ty bredzisz RoJaVi? O Kogo mamy się troszczyć?

-O Społeczeństwo.

-Nie do końca rozumiem. O co chodzi?

-Widzisz drogi Don Aldinio, trzeba podejść do tematu tak, aby wydawało się, że wszystko robimy w trosce o dobro Obywateli. Trzeba zrobić nagonkę na zarządzających Ofiarami Fanów Egzystencji. Że się bogacą, że duże prowizje, że wiele ryzykują, że na Giełdzie grają. Maluczcy się wystraszą, zaczną wątpić… a wtedy przesuniemy kasę z Ofiar Fanów Egzystencji do…

-Do? – przerwał pełen podniecenia w głosie Don Aldinio.

-Do… Zajebistego Układu Społecznego.

Don Aldinio spojrzał na RoJaVi wzrokiem pełnym podziwu. Jego podziw mieszał się z niedowierzaniem. Niezłe z niego „ziółko” – pomyślał. Lepiej go mieć u siebie. Oparł brodę na kciukach dłoni, których palce rytmicznie się spotykały w bezgłośnym „klaskaniu” i powiedział cedząc słowa…

-Za-je-bi-sty U-kład Spo-łe-czny. Lepiej tego wymyślić nie można było. Tam taki burdel, że jak się tą kasę tam przesunie, to…

-To My możemy teraz wszystko! – wtrącił się RoJaVi.

„To My możemy teraz wszystko!” Don Aldinio uśmiechnął się z rozrzewnieniem powtarzając tą frazę w myślach. Przed oczami stanął Mu jego ulubiony film „Kopany Poker” i scena gdy Bolo kopał w tyłek Lagunę na wieść, że Ten został dla dobra „Polskiej Piłki” Prezesem „Czarnych”. „To My możemy teraz WSZYSTKO!” mówił Bolo kopiąc Lagunę…

-Ty to masz łeb! – odezwał się Don Aldinio – To… to… to… będzie SKOK STULECIA!!! I to w TROSCE… – przerwał swój wywód Don Aldinio wyraźnie rozpromieniony.

-Jakby nie było, obrotu walorami finansowymi uczyłem się od najlepszych. W City – odpowiedział wyraźnie zadowolony z siebie RoJaVi, po czym dodał – Mam nadzieję, że „zaciśniemy pasa” i przez cztery lata starczy na kieliszeczek koniaczku, brendy, łiskacza i cygarko…

-Zaciśniemy! – powiedział rechocząc rubasznie Don Aldinio.

-To może po kieliszeczku? – odparł RoJaVi zacierając ręce.

-Nie – odparł Don Aldinio – Teraz trzeba się rozerwać i odpocząć od tak ciężkiej pracy. Czas pokopać w gałę.

-Ale boisko nie opłacone Don Aldinio!- odparł szczerząc zęby RoJaVi.

-Się zapłaci. Będzie z czego! – odparł Don Aldinio i pomyślał… Zajebisty Układ Społeczny…no, no… Laguna? Laguna to mi może… korka zawiązać. I to lewego.

Pozdrawiam… Ofiary… Fanów… Egzystencji…

Dzień Dziecka ( 3 czerwca 2013)

Mój Kochany Karolek. Miał wtedy roczek…

Zapuściłem się. Wiem. Dawno już nic nie nabazgrałem… To odrobinę nowej „gonitwy myśli”…

Dzień Dziecka. Po raz pierwszy w życiu Dzień ten był dla mnie dniem smutku, łez i niewymownego żalu. Bo jak można wyobrazić sobie ten dzień na grobem Syna? Lepiej tego nie róbcie…
Wiele w tym dniu myślałem o Dzieciach, swoich Synach i nie tylko. O dorosłości, o Państwie moim kochanym i jego przywódcach, którzy po okazji dnia tego refleksjami i działaniami swym poprzez media dzielili się z Narodem… I postanowiłem podzielić się z Wami swoimi myślami gładko uczesanymi…

Dzieci. Są tak niesamowicie radosne, otwarte, ufne. Wszyscy rodzimy się obdarzeni w pełni „Wewnętrznym Dzieckiem”. I co dalej się dzieje? Powoli regularnie życie, a na samym początku, (o paradoksie!) Rodzice! To Wewnętrzne Dziecko w Nas zabijają… Nie udawana radość życia powoli ucieka z człowieka niczym woda z dziurawego wiaderka. Zaczynamy się skupiać na rzeczach nieistotnych, banalnych, błahych. Gorycz wypiera słodycz, smutek radość, geometria ust zmienia się diametralnie. Kąciki opadają coraz bardziej, przepona już tak nie pracuje, bo jak ma to robić, gdy brakuje rubasznego, szczerego, niepohamowanego śmiechu… Dorastamy? Ano ponoć właśnie tak. Dorastamy. I moje pytanie brzmi po co?! Czy nie lepiej się starzeć, niż dorastać? Być ciągle dzieckiem, patrzeć na Świat z zaciekawieniem, ciągle być ciekawym tego co nas otacza. Na zewnątrz wyglądać staro, ale w środku mieć ciągle kilka, kilkanaście lat… Chciałbym tak. Oj chciałbym. I dla mnie radością byłoby gdyby Ktokolwiek z Was powiedział mi „hej ty STARY”. „Jest Pan przecież DOROSŁYM Człowiekiem”… ten zwrot przyprawia mnie o drgawki. Nie chcę być dorosły. Nie chcę. Chcę być dużym łysym, starym… Dzieckiem. Inaczej rzecz ujmując… wiecznie młody. Duchem. Czego Wam Wszystkim życzę…

Media… obwieściły dumnie, że rezydent Pałacu Namiestnikowskiego plana jakiegoś ma „na Rodzinę” w RzeczySamej, znaczy się Pospolitej. Chodzi o to aby Dzieci więcej się rodziło, co by zapaści demograficznej uniknąć. Bo demagogiczną już mamy. Czego dowodem te „nowinki” były, i ich nadęta forma podania… Więcej dzieci, więcej… A ja się pytam Pana, Panie rezydencie. a co z tymi, które już są? Z tymi, które głodują? Z tymi, które mieszkają niczym wyrzucone psy w schroniskach? Z tymi, które zły dotyk przeraża? Czy może Pan spać spokojnie, jako rezydent owego Pałacu, mając świadomość, że w środku Europy tak wiele dzieci kładzie się spać z uczuciem głodu? Weź Pan za dupska tych „Tłustych” z Wiejskiej, ukróć koryto, a to co z koryta zostało pokieruj tam gdzie potrzebne… Ale o czym ja gadam, jak sam Pan żeś przeszło pół miliona PeeLeNów na iluminację Pałacyku wydał, co by ładniuchno w nocy się „sicił”… No „słitaśnie” być musi. Musi.
Co? Chodzi o to, że nie będzie KOMU robić na Was? Bo chyba tylko o to. O nic więcej. Sam Pan ma piątkę dzieciaków, ale wiedz Pan, że dla Jednych wychowanie JEDNEGO to tyle co dla Pana właśnie owa piątka. I nie myślę tutaj o kształtowaniu Dzieci w sferze emocjonalnej, ale o zapewnieniu IM minimum ekonomicznego.
Emocje w Dziecku można umiejętnie pokierować, zawsze można Mu wytłumaczyć, że nie musi być ubrany jak inni, że komputer to nie szczyt marzeń. Ale jak powiedzieć Dzieciakowi, że dziś kolacji nie będzie? Powiedział to Pan kiedyś swoim? Nie czekam na odpowiedź… Ukształtować dobrego Człowieka można i w biedzie. Wszystko zależy od Rodziców, i Ich Świata widzenia…

Zły jest ten Świat, i chyba już go nic nie zmieni. Szczególnie teraz, gdzie chęć spokojnego życia bez wybujałych ambicji jest postrzegana jako swego rodzaju nieudolność, niezaradność.

Czego dzisiaj brakuje Dzieciakom najbardziej? Ano chyba NASZEJ UWAGI. Naszego zainteresowania Nimi. Ciepłej rozmowy, wspólnych chwil, które tak ulotnymi są. Tłumaczymy to zabieganiem, zdobywaniem pieniędzy na utrzymanie, zmęczeniem i tysiącem innych argumentów, które to argumenty są dla „Wewnętrznego Dziecka” naszych Dzieci NICZYM. Pustym frazesem. Czują się odpychane. Tak myślę… Wszystko to jest jak „naczynia połączone”. Jak się dba o tych co pracują, to i Dzieciom wyjdzie to tylko i wyłącznie na dobre.

Karol był bardzo dobrym Dzieckiem. Pełnym radości, ciepła. Ale przy tym odpowiedzialnym i rozważnym. Staraliśmy się jak tylko można wychować Go na dobrego, uczciwego obywatela. Był zaradny, wiele osiągnął, ale przy tym był niesamowicie wrażliwy. I tej wrażliwości mi najbardziej brakuje. I szczerego, radosnego śmiechu…

Cieszcie się Dziećmi, a Dzieci niech cieszą się Wami.

A polityków miejmy tam, gdzie oni mają Nas…

Róbmy swoje, dla uśmiechu Dziecka.

Idiota (4 września 2013)

Idiota

A Któż to taki? Jak myślicie? Odpowiecie mi Idiota… to Idiota. Ale czy nie warto sięgnąć głębiej…?
Idiota według dawnych klasyfikacji to osoba upośledzona umysłowo. Obecnie w medycynie zaniechano terminologii Idiotyzm, a to ze względu na pejoratywny wydźwięk owego stwierdzenia. Stwierdzenia, które potocznie używane jest nader często…

Idiota. Coraz częściej pragnę być IDIOTĄ. Bo w dzisiejszych czasach Idiota to człowiek szczęśliwy. A czy nie jest w naszym życiu celem szczęście? Jest. Choćby nie wiem jak miało na imię, choćby nie wiem co owe szczęście oznaczało, czy to w sferze życia duchowego, czy też materialnego, jest ONO celem. Każdy chce być szczęśliwy. Każdy.

Kto jest najszczęśliwszy we wsi? Sołtys? Nie… Najszczęśliwszy we wsi jest Wiejski Idiota.    I stwierdzenie to ma głęboki sens. Zadowolić „normalnego” człowieka jest trudno. Przeszkadza mu w tym wiele czynników, z inteligencją na czele. Zbyt szeroki horyzont myślowy, zbyt duża wiedza o Świecie i ludziach przeszkadza. I to bardzo. A Idiota? Tego zadowoli najmniejsza z możliwych rzeczy. To że ma co zjeść… to szczęście, to że wietrzyk zawieje, że Słoneczko świeci, to że ptaszek śpiewa potrafi w swoich ograniczeniach ( ograniczenia według „normalnych”) DOCENIĆ, i to docenić tak, że fala szczęścia zalewa Jego duszę i ciało.

Nie jestem oryginalny w swoich rozmyślaniach. Fiodor Dostojewski poszedł ponad 100 lat temu o wiele dalej. Dwukrotnie redagował swoją powieść IDIOTA aby jak najlepiej przedstawić Człowieka. Człowieka o jakim marzył…Chciał nakreślić portret Człowieka uczciwego i dobrego. Człowieka PRAWDZIWIE DOBREGO. Człowieka CZYSTEGO. To było Jego marzenie. W czasach Dostojewskiego i obecnie prawdziwie dobry człowiek w oczach innych jest uznawany za… IDIOTĘ właśnie. I to jest tragedia. Tragedia, którą tak wspaniale Dostojewski ukazał nam poprzez Myszkina.

Prostoduszność, prostolinijność jest dzisiaj, i wcześniej była, kojarzona z naiwnością. A od naiwności do Idioty, według realiów Społeczeństwa jest niesamowicie blisko. Jeżeli nie stwierdzić, że te relacje nachodzą wręcz na siebie, zazębiają się.

Dziś Kto mówi prawdę – jest IDIOTĄ. Dziś Kto jest uczciwy – jest IDIOTĄ. Życie to nie matematyka, której występuje klasyczna Boolowska logika. Życie rządzi się swoją logiką. Logiką rozmytą. Nie jesteśmy zupełnie uczciwi. Jesteśmy uczciwi w pewnym sensie. Nasza dobroć też jest rozmyta. Tak jakby była i jej nie było. Wszystko jest płynne, nieostre. Chcąc zobrazować nasze życie, posłużę się pewnym porównaniem. Nie żyjemy w blasku dnia, czy w ciemności nocy. My żyjemy w niezdecydowaniu poranka i wieczora. Żyjemy tam, gdzie światło miesza się z mrokiem. Bo nie ma w 100 procentach duszy białej (czystej) i duszy czarnej (brudnej). Zawsze jest skaza na dobru złem, czy też na złu dobrem.

Mówienie prawdy jest bolesne. Bólu się boimy, więc go omijamy. Równocześnie mijamy się z prawdą. Ponoć dla dobra samych siebie i Innych.

Idiota jest prostoduszny. Prostolinijny. Mówi co myśli. Nie bawi się w konwenanse, nie jest delikatny, T A K T O W N Y jak to się zwykło mówić. Taktowność… taki woal…

Czy mi dobrze, czy mi źle chciałbym mieć zawsze uśmiech na twarzy. Powiecie, że to uśmiech… tak, tak… idiotyczny. Bo uśmiech niezależny od okoliczności. Ale ja takiego pragnę. Niestety… i żałuję tego bardzo, że Idiotą nie jestem. Nie jestem dobry, uczciwy, prostoduszny. Nie jestem człowiekiem czystym. I tego mi żal…

Hmmm… Rządy uczciwe, rządy prawdomówne, rządy sprawiedliwe… są rządami… IDIOTÓW. I jaki wniosek z tego?

W naszych Rządach brak… IDIOTÓW…

Idiotycznie się zrobiło. Pozdrawiam. Idiotycznie.

Homo Electricus (3 września 2013)

 -Fajny film wczoraj widziałem….

-Momenty były?

-E tam, nie wiem…

-Jak to nie wiesz? To co oglądałeś?

-Nie wiem co, ważne, że prąd włączyli…

-Szczęściarz…

            Społeczeństwo jest trapione wieloma uzależnieniami. Jest jednak jedno uzależnienie tak wielkie, że boję się co to się stanie, gdy zabraknie owego specyfiku, który tak strasznie uzależnił prawie całą Ludzkość do siebie. A jak na razie lekarstwa na to uzależnienie nie ma, i popadamy w nie coraz bardziej…

Homo Sapiensy nieubłaganie przeistaczają się w Homo Elctricusy. Prąd… To medium zniewoliło całkowicie obecnie żyjącą populację tak zwanych „CYWILIZOWANYCH” ludzików. Bredzę? To włącz swoją wyobraźnie Drogi Czytelniku… i wyłącz prąd w swoim życiu na co najmniej miesiąc. Oczywiście są jednostki, które potrafią się bez niego obejść, nawet Ci wychowani w „cywilizowanych” (cokolwiek to znaczy) warunkach. Pomijam zdrowych przedstawicieli gatunku, których przed „dobrodziejstwem” cywilizacji obroniła dzika przyroda, na przykład Amazonia.

 Kiedy tak naprawdę zdaliśmy sobie sprawę z tego uzależnienia? Ano było to dokładnie w roku 1999. Pamiętacie „Problem Roku 2000”? Jak strasznie się bano konsekwencji błędnej pracy a właściwie zmiany daty w komputerach? Wszyscy zaczęli się martwić o swoje oszczędności, o nasz „wspaniałe” banki i swoje uciułane pieniążki. Jednak z sektora bankowego problem dość szybko przeniósł się tam gdzie jego miejsce. Do sektora ENERGETYCZNEGO. Banki mogły porobić kopie dokumentacji, a następnie przywrócić dane bez większego wysiłku. Jednak co się stanie gdy zabraknie prądu? Jak GO przywrócić ( a to nie łatwa sztuka podnieść system energetyczny), jak bez prądu przetrwać…?

Uczestniczyłem w spotkaniach branży energetycznej, gdzie zdawano relacje jak w poszczególnych zakładach rozwiązuje się ten problem, rozmawialiśmy o ewentualnych zagrożeniach, i powiem, że nie były to wesołe rozmowy, a właściwie wizje, gdy tego prądu zabraknie. Polska Energetyka w latach 90-tych poczyniła niesamowity skok jakościowy odnośnie automatyzacji i sterowania. Otworzyły się na Nas po 1989 roku rynki nowoczesnych technologii, komputeryzacja wkroczyła śmiałymi krokami do naszych siłowni. I bardzo dobrze, ale wkroczyło też… zagrożenie. Pomijam szczegóły, jednak problem w większości przypadków udało się rozwiązać tak, że Nikt nie zauważył w Sylwestrową Noc 1999/2000 żadnych problemów z zanikiem energii. Ja tą noc spędziłem w pracy…

 Nie chcę tutaj gloryfikować energetyki, ale to ONA jest teraz FILAREM społeczeństwa, gospodarki i normalnego życia. Branża paliwowa? Też ważna, ale bez prądu niewiele znaczy, choć Energetyka bez paliwa jest… niczym.

 Brak prądu to brak wody, brak odprowadzania ścieków, chaos komunikacyjny, chaos informacyjny, a właściwie brak INFORMACJI. Można dzisiaj śmiało postawić tezę, że PRĄD = INFORMACJA. Telewizja, Radio, Internet, …Nie? Są gazety, tak? Ale jak je wydrukować… gdy brak prądu. Nawet jak się wydrukuje „bezprądowo” to co z kolportażem? Widzieliście choć jedną stację benzynową, która działa bez prądu? Bo ja nie. Kiedyś dystrybutory były ręczne, ale dzisiaj ze świecą szukać takiej stacji. A własnych agregatów prądotwórczych chyba w Polsce nie ma ani jedna (pomijam Rządowe, bo te powinny mieć i jakieś tam resortowe, jeśli nie ma takich to gratuluję wyobraźni odpowiedzialnym za taki stan rzeczy).

 Mała anegdotka… Naprawiałem kiedyś automatykę sprężarek powietrza w Elektrowni w której pracuję. Wyprowadzono mi spod napięcia maszynę i przystąpiłem do usuwania usterki. Po niespełna 30 minutach jeden z pracowników mówi, „słuchaj Prezes biegiem zapierdziela w naszą stronę”. Faktycznie biegł. Wpada i mówi, Kto do k… nędzy wyłączył Radio Maryja!!!??? Okazało się, że elektrycy nie patyczkowali się tylko wyłączyli całe pole zasilań, i pozbawili prądu urządzenia nadawcze, które odpowiedzialne były za propagowanie świętych fal radiowych. Jakie niesamowite stany deliryczne musiały wystąpić u odbiorców, że tak szybko zawiadomili Toruń, a „Ten” wyrwał Prezesa zza biurka… Widok biegnącego Prezesa… Bezcenny. Przed takimi „wpadkami” w późniejszym czasie chorniła nierdzewna, błyszcząca tablica na polu zasilań, „Nie wyłączać!!! Zasilanie Radia Maryja!!!” Raz jeszcze miałem okazję pozbawić słuchaczy Radia Maryja przyjemności słuchania, ale to już było uzgodnione z „władzami” w Toruniu. Jednak z 3 godzin zrobiło się 16… i też się działo…

 Szpitale, ratowanie ludzkiego życia… i wiele, wiele innych dziedzin jest tak ściśle związanych z energią elektryczną, że dzisiaj ciężko wyobrazić sobie codzienność bez… prądu…

 Ale po co ja to wszystko piszę? Jaki mam cel? Boli mnie to, że ludzie u władzy pozbywają się całkowicie kontroli nad tak strategicznym sektorem. Powiem bardziej kolokwialnie, szlak mnie trafia, że R O Z P I E R D A L A się coś co działało wspaniale. Wyprzedaje się za marne grosze. Użyję porównania… –  chyba skończony kretyn może sprzedać fabrykę prochów i teren ich dystrybucji, wiedząc, że narkomanów jest pod dostatkiem, i to narkomanów, którzy płacą… w miarę regularnie. Narkomanów? Tak, „narkomanów prądowych”.

 Gospodarka to złożony twór. Twór, w którym każda część jest ważna. Jednak takim „spinaczem”, który to wszystko trzyma razem jest właśnie Energetyka.

Dbajmy o Energetykę, oszczędzajmy prąd. Jego niestety nie można magazynować na skalę przemysłową. Jedno pstryknięcie… i światełko się świeci. A za tym „pstryczkiem” stoi ciężka praca wielu, wielu ludzi. Od ciężkiej pracy Górnika poczynając a kończąc na tych co dystrybucją się parają. No i oczywiście tych od produkcji… pomijać nie należy.

 A co do gazu łupkowego… jestem jego zdecydowanym przeciwnikiem. Nie stać Nas na niego, i mówię tutaj o kosztach środowiskowych. Polska na „węglu stoi” i węgiel, i jego efektywne spalanie jest jak na razie naszą przyszłością. A ochrona środowiska? Przez ostatnie lata nasza energetyka zrobiła ogromne postępy. Trujemy o wiele mniej. Niejedno gospodarstwo domowe spala takie świństwa że strach się bać…

 Do Energetyki jeszcze wrócę… niebawem… Bo chyba zmienimy jej nazwę. W Polsce oczywiście.

No to teraz… 24 stopień zasilania…

Patriotyzm (1 września 2013)

Miesiąc temu minęła 69 rocznica zrywu wolnościowego, jednego z największych, choć ograniczonego terytorialnie do jednego miasta, i zarazem jednego z najbardziej tragicznych. Powstanie Warszawskie.

Dziwnym jesteśmy Narodem. Nawet bardzo dziwnym. Niepraktycznym, rzekłbym, niezależnie od czasu. Honor, Ojczyzna – te słowa przewijały się i przewijają w naszej smutnej historii. Długo siedziałem i myślałem o Tych dzielnych Ludziach, którzy poświęcali swoje życie w imię… no właśnie? W imię czego? Wolności?

Prawie 200 tysięcy istnień… W 63 dni… No i zniszczone miasto, doszczętnie. Ale to akurat da się odbudować, i odbudowało. Życia się nie wróci…

 Z jednej niewoli popadliśmy w drugą. I to prawie ośmiokrotnie dłuższą niż okupacja niemiecka. Teraz, podobno, żyjemy w Wolnej Polsce, ale czy na pewno? Czy jesteśmy tak naprawdę wolni? Bo nie wolno rozpatrywać owej wolności li tylko na jednej płaszczyźnie. Ekonomicznie… popadamy w coraz większą okupację, i to okupację coraz to bardziej dotkliwszą, coraz bardziej bolesną. Niewolę globalizacji…

 Ale wróćmy do Tych, którzy tak dzielnie walczyli. I jak Im się Polska odpłaciła? Więzienia, kary śmierci, prześladowania, już w „wolnym kraju”. Powiecie mi, że teraz, po 1989 roku Polska jest dopiero wolna. Skoro tak, to dlaczego Ci Ludzie, którzy przelewali za Nas krew żyją tak niesamowicie skromnie? Dlaczego były ORMOWIEC, ESBEK dostaje wielokrotność emerytury Powstańca? Gdzie jest sprawiedliwość? No gdzie? A co na to „wolna władza”, „wolnego kraju”? A co? A nic! Przeczytają, to co Im napisali, wręczą to, co Im kazali wręczyć (szkoda, że czekano przeszło 20 lat na poniektóre odznaczenia) i pławią się w samozadowoleniu. Przecież spełnili „obowiązek”… A tak naprawdę powinni Ci dzieli Ludzie stać na piedestale, i każdy wdzięczny Polak powinien chylić przed Nimi czoło…

Martyrologia Polski jest skomplikowana. Pamięć jest potrzebna, i jest naszym obowiązkiem pamiętać. Ale pamiętać mądrze, pamiętać tak, aby nigdy więcej nie popełniać błędów, błędów za które tak wielu płaci, a które popełnia tak niewielu…

 „Polskie Szczęście”, to „Zezowate Szczęście”. Jesteśmy takimi Piszczykami. Tragikomiczni wręcz. Walczymy, a Inni korzystają, nie Ci co krew przelewają. Biorąc nawet pod uwagę ostatnie zrywy Polaków, Grudzień 70, i Sierpień 80… czy aż tak drastycznie poprawiła się sytuacja Tych co protestowali, walczyli…? Nie będę się rozwodził nad tym, ale gorzki uśmiech pojawia mi się na twarzy… Nawet symbol tych wydarzeń (obu) zniknął, zniszczony został… I co? Walczyli? Walczyli… i wywalczyli…

 Historia „gotuje”… Raz lepiej raz gorzej, ale porównując ten Kraj do garnka zupy, to nie ominiemy praw przyrodniczo-fizycznych… szumowina zawsze na wierzch wypłynie…

Dzieci przeciwko czołgom… nie mam siły więcej pisać…

„Wojenka… wojenka…

Tam cicho Ktoś jęczy,

Tam głośno Ktoś stęka…

Nie ważne jest o co i za co się walczy

Jest ważne by wodzom uciechy dostarczyć…”

Pamiętajmy… i oby nigdy więcej. A Ci co u steru są niech Nas w niewolę nie pchają. Jakąkolwiek.

POland (27 sierpnia 2013)

Upalny letni wieczór. Po całym dniu łażenia z aparatem w ręce trafiłem do jednego z wielu ogródków rozłożonych przy knajpkach. Wybrałem ten najbardziej przytulny, zacieniony, z niewielką ilością konsumentów. Zamówiłem małe piwko. Niespiesznie popijając i delektując się chłodną goryczką złocistego napoju przeglądałem na ekranie aparatu to co udało mi się dzisiaj pstryknąć. Delikatny uśmiech pojawiał mi się od czasu do czasu. Zapaliłem papierosa, popijałem drobnymi łyczkami piwo, całkowicie straciłem kontakt z otoczeniem…

-Dzień doby Szanownemu Panu…

Drgnąłem jakby nagle ktoś mnie oparzył. Ten głos wyrwał mnie z ogromnego letargu. Ten głos… Zachrypnięty, gardłowy… no jak nic Jan Himilsbach! Jak do tej pory myślałem, że ów glos jest jedynym, niepowtarzalnym. Ten brzmiał wręcz identycznie. Podniosłem głowę i ujrzałem średniego wzrostu Człowieka o twarzy, która niejedno w życiu przeszła. Kilkudniowy mocny zarost okalał zapadnięte policzki i usta, na których błądził jakiś filuterny uśmiech. Ale te oczy… Niesamowicie błękitne, pełne jakiegoś dziwnego, ale intrygującego błysku. Kurwiki? Możliwe, ale te były o wiele „cieplejsze”. Uśmiechnąłem się i odparłem…

-Dzień dobry, czym mogę służyć?

-Jak szanowne zdrówko, Szanownego Pana, dopisuje?

-A jakoś się żyje, jest w miarę dobrze, ale mogło by być lepiej – odparłem i uśmiechałem się dość szeroko.

-To czy w takim razie pozwoli Szanowny Pan, że istotnie przyczynię się do ewentualnej poprawy zdrowia?

-Tak…?

– Czy zechciałby Pan poczęstować mnie papierosem sztuk jedna, co zapewne tylko i wyłącznie dodatnio odbije się na pańskim zdrowiu?

-Hahahaha…- zaśmiałem się szczerze i wyciągnąłem paczkę papierosów. – Proszę bardzo, niech Pan weźmie nawet trzy…

-Trójka, święta liczba. Magiczna. Pozwoli Pan że przytulę się do żarka?

-?

– No, czy mogę ogieńka poprosić?

-A tak oczywiście – po czym wyjąłem zapalniczkę i przypaliłem papierosa niespodziewanemu gościowi. Zaciągnął się mocno, głęboko, przytrzymał dość długo dym w płucach, po czym powoli wydalił z siebie dużą chmurę dymu…

-Taaaaaak… Dobrze, że nie wiaterki…

-Wiaterki?

-No te, mentole- po czym wziął i delikatnie oderwał filtr od pozostałej części papierosa – tak bliżej natury, a i smak lepszy – powiedział i uśmiechnął się tak, że gdyby nie uszy, to chyba uśmiech miałby dookoła głowy.

Zacząłem się baczniej przyglądać jegomościowi. Ubrany był w robocze spodnie, dość mocno spłowiałe, tenisówki nieokreślonego koloru i koszulkę… i ta koszulka bardzo mnie zaintrygowała. Poland. Taki napis biegł mu przez piersi, napis , który był w barwach narodowych, biało-czerwonych. Uśmiechnąłem się i pomyślałem Patriota.

Nie wiem dlaczego, ale zagadnąłem Jegomościa…

-Poland? Ładna koszulka, ale nie lepiej z napisem Polska? Tak bardziej swojsko jest.

-Poland? Polska? Szanowny Panie… muszę Pana wyprowadzić z błędu. Źle Pan wypowiada, to nie żaden POLAND!

-Nie? Przecież to wyraźnie po angielsku napisane jest Polska… Poland.

-PełOland. PełOland, Szanowny Panie…

-PełOland? A co to takiego?

-No wyglądasz Pan na człowieka enteligentnego, a takiej prostej rzeczy Pan nie kumasz… Przecie My teraz żyjemy nie w Polandzie, nie w Polsce, jeno w PełOlandzie! Rozejrzyj się Pan!

-No… zasadniczo muszę Panu przyznać rację! PełOland pełną gębą! – śmiech.

-No pełną, ale nie wszystkich. I to nic śmiesznego Panie, nic. Se prywatne ranczo zrobiły, cwaniaki. W imię Narodu… Ech, szkoda gadać. – po czym machnął ręką z rezygnacją…

-Pan pozwoli, że oddalę się i raz jeszcze uprzejmie dziękuję za papierosy. Może kiedyś ja Panu się odwdzięczę.

– Oj proszę się nie przejmować, to ja dziękuję za chwilkę miłej rozmowy… Do widzenia!

-Szacuneczek! – skłonił się szarmancko, odwrócił i powoli zaczął iść ulicą…

PełOland… Uśmiechnąłem się gorzko i myśli moje zaczęły wędrować wokół Kraju, który położony jest pomiędzy Bałtykiem i Tatrami, Odrą i Bugiem… PełOland… tak, bardziej trafnie ująć się tego nie da… Choć można by to odrobinę rozwinąć. Dzisiaj dla Państwa nie jestem Janem Kowalskim, raczej jestem numerem statystycznym, takim PESELEM, bez którego nic tutaj nie da się załatwić…

Tak… Ten Kraj to teraz „Prywatne Ranczo”. Taki Syndykat PełOlandu i PeeSeLandu pod rządami Don Aldinio…

PełOland, PeeSeLand, Don Aldinio i jego żołnierze… tak… Zapadłem w smutną zadumę.

Capo di tutti capi?

 Si…

Pozdrawiam Was PESELE

Czas… ( 25 sierpnia 2013)

W końcu „CZAS” coś napisać!

 „Masz czas?”, „Wybacz, ale nie mam czasu…”, „Poczekaj chwilkę…”, „Ale mi się dłuży…”, „To już!?”, „Kiedy wstąpisz?”, „Momencik…” i tak dalej, dalej…

 Sformułowania, które słyszymy na co dzień, które występują tak często, że stają się powszechnymi. Lecz wszystkie te banalne stwierdzenia mają wspólny mianownik. Mianownikiem tym jest CZAS. Czym, czy co to jest CZAS… bardzo chciałbym wiedzieć, bo tak naprawdę, jest On wielką tajemnicą…

 Jeżeli mielibyśmy wyznaczyć wspólną płaszczyznę dla całej materii nieożywionej i żywej, dla całego ZNANEGO Nam Wszechświata… to właśnie tą płaszczyzną byłby, a raczej JEST CZAS.

 Czy potrafimy zmierzyć CZAS? Oczywiście! Usłyszę w odpowiedzi, jednak zaczynam się poważnie zastanawiać czy aby na pewno…Mierzymy pewien malutki wycinek CZASU, nawet liczony w trylionach lat, ale w sumie mikroskopijny. Bo pytam sam siebie… Czy CZAS ma początek? Czy ma koniec? Chyba nie… To pewne zjawiska występujące w CZASIE posiadają początek i koniec…, a od kiedy CZAS występuje?, kiedy się skończy? Tego nie wie nikt…

 „CZAS sobie płynie banalnym tik-tak… powtórka z rozrywki? A jak!” Pamiętacie audycję radiowej Trójki ? „Powtórka z Rozrywki”? Ponadczasowa…

Mam do Was pytanie…, w którą stronę płynie CZAS? Oczywiście do przodu! Usłyszę w odpowiedzi, ale… czym jest przód? Tym samym dla CZASU, czy dla naszego pojmowania? A dlaczego nie może płynąć do tyłu? Lub w boki? A w ogóle… to może CZAS jest stały? Może upływ CZASU to irracjonalny wymysł? Może zamknięci jesteśmy w jakiejś Jego pętli? A Deja Vu? Czy nie jest przykładem na zapętlenie? Zapętlenie CZASU … Może CZAS jest kulisty? Bo przecież kula to figura doskonała, a CZAS? czyż nie jest doskonały?

 Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość … to też określenia związane z CZASEM. CZAS zafundował nam miłą niespodziankę. Niespodzianką tą jest TO, że możemy jednocześnie obserwować Przeszłość, Teraźniejszość i Przyszłość. Wystarczy wyjść w piękną, rozgwieżdżoną noc i spojrzeć w Niebo. Jestem tu i teraz…, ale spoglądając w Niebo widzę…  widzę Przeszłość, bo Obraz Nieba jest niczym innym jak Przeszłością. Planety, Gwiazdy, które widzimy, mogą (ale nie muszą) już nie istnieć. No dobrze, ale gdzie tu Przyszłość? A jest pewien odsetek Ludzi, którzy w obrazie Nieba (Przeszłości) widzą… Przyszłość! Mówię o wszelkiej maści Astrologach.

 CZAS jest przedziwny, zawsze fascynuje. Fascynuje Filozofów, Fizyków, Ludzi Nauki. Czy Albert Einstein opublikowałby Teorię Względności Czasu, gdyby CZAS Go nie fascynował? Wątpię. Paradoks Bliźniąt…

CZAS jest niczym Dusza, która wypełnia dosłownie WSZYSTKO, wszystko co żywe i nieożywione. Jest spoiwem, które determinuje znaną Nam formę życia, życia na Ziemi i nie tylko. My ludzie podchodzimy do czasu bardzo swobodnie, pozwala nam na to nasza natura, natura, która częściej kojarzy się z logiką rozmytą, niż logiką klasyczną. Mimo wszystko potrafimy „czuć” CZAS. Jego „WZGLĘDNOŚĆ”. Przykład? A proszę bardzo! Godzina spędzona w ramionach Ukochanej niczym chwila mija, lecz kilka sekund borowania zęba jest nieznośnie długa.

 Ile to powstało utworów literackich, obrazów filmowych traktujących o podróżowaniu w CZASIE? Bardzo dużo, takie podróże fascynują, są marzeniem Człowieka. Marzeniem jak dotąd niespełnionym. Czy się tym martwię? Nie, bo sam osobiście i chyba większość z Nas nie chciałaby DOKŁADNIE znać Swojej Przyszłości. CZAS nadal jest dla Nas niezgłębioną tajemnicą. Więcej obecnie wiemy na temat Kosmosu, na temat niepodzielnych, wydawałoby się atomów, tutaj rąbek tajemnicy uchyla się coraz bardziej. CZAS jest zazdrosny o swoje tajemnice, woal zaciągnął i uchylić go nie chce. Może to i dobrze? Nie wiem. I cieszę się z tej niewiedzy.

 Wydaje mi się, że TEN, który pozna, zgłębi „Tajemnicę Czasu”, będzie Tym, który pozna „Tajemnicę Istnienia”, będzie dzierżył w ręku klucze do WSZYSTKIEGO. Czy kiedykolwiek poznamy „Tajemnicę Czasu”? Trudne pytanie, ale jedno wiem na pewno. To kwestia CZASU…

Poznałem też boleśnie co oznacza stwierdzenie „Czas się skończył”. Niestety skończył się CZAS dla Ziemskiej Egzystencji Karola… i stwierdzam, że powiedzenie „Czas leczy rany” jest nieprawdziwe w moim przypadku.

Czas nie leczy ran. Przyzwyczaja do bólu. Bólu coraz większego. Z każdym uderzeniem serca. Z każdą mijającą sekundą…

 (To było na temat CZASU słów kilka… ot taka dumania nad CZASEM chwilka…)

Więcej Czasu życzę…

Demokracja Selektywna (23 sierpnia 2013)

Czy Demokracja to idealna forma sprawowania władzy? Nie wiem, ale mam wątpliwości. I co gorsza, tą wątpliwości zasiali we mnie Panowie Dwaj. I co gorsze obaj piastują najwyższe stanowiska w owej Demokracji. Demokracji PełOlandu.

„Nie idźcie na Referendum!”. Takim oto hasełkiem uderzyli ostatnio. Chodzi oczywiście o referendum w sprawie odwołania „Szefowej” Warszawy.

Niezrozumiała to jest dla mnie strategia. Co prawda nie dotyczy to mnie, mieszkańca najbiedniejszej części PełOlandu, ale ta strategia jest dla mnie czymś w rodzaju robienia „dziur” na „chorym” ciele Demokracji. Chorym bo za zdrowa to ona nie jest. Stan zdrowia Demokracji poprawia się (według polityków) zawsze tuż przed wyborami na salony bez kątów. Przecież odwołanie „Szefowej” to też swojego rodzaju AKT WYBORU. Więc… wytłumaczcie mi Panowie Dwaj, tak bez politycznych jaj, DLACZEGO? Albo nie… już próbowaliście udowadniać to w środkach masowego przekazu. Bez powodzenia, przynajmniej w moim przypadku.

Strach. To jest przyczyna tych irracjonalnych, niedemokratycznych zachowań dwóch „ostoi demokrancji” PełOlandu. Strach przed kolejną przegraną, przed kolejną kompromitacją. I dziwi mnie, że się boją. Przecież mieli tyle czasu aby przyzwyczaić się do tych kompromitacji, tyle ich zaliczyli przez te lata. A tej nie mogliby przełknąć? Widać nie. Gardło się niebezpiecznie zawęziło, i grozi to śmiertelnym zakrztuszeniem.

Człowieka nie powinno się oceniać przez pryzmat KIM JEST, ale JAKIM JEST. Kim jesteście Panowie Dwaj – wiem. A jacy jesteście – teraz też już wiem.

Zapewne przepełnia Was BUL i troska nad losem PełOlandu. Tak, tak… nadchodzi Zmierzch… Bogów. Czujecie to, w końcu „polityczne lisy” z Was.

Niedługo Wybory. I wiem, że nie pójdę na nie. I nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie mam na kogo głosować. A oddawać głos na byle kogo… to grzech. Ponoć śmiertelny. I nie chcę DEMOKRACJI. Takiej SELEKTYWNEJ.

Królu Złoty… wróć! A Dziesięcinę będę Ci oddawał regularnie z uśmiechem od ucha do ucha… Przywróć Królestwo Utracone…

Pozdrawiam – zgodnie z „dworską etykietą”.

AirShow (27 sierpnia 2013)

Karolcio podczas AirShow 2007 – Radom 31 sierpnia 2007 roku

Szybko zebrałem się i przyjechałem do domu po pracy. Obiad, ostatnie sprawdzenie plecaka ze sprzętem fotograficznym, namiot, śpiwory, zapasy picia i jedzenia. Jedziemy na Pokazy Lotnicze do Radomia. Moje pierwsze w życiu. Karola również. Jadę razem z Karolem, którego jeszcze nie ma. Wziął samochód i pojechał jeszcze coś załatwić ze swoim Kolegą. Koledzy z KKM-u już dzwonili, czy wyjeżdżamy, czekają na nas na wynajętej działce przy ulicy Skaryszewskiej w Radomiu. Tam się lepiej fotografuje, niż z płyty lotniska, są doświadczonymi fotografami wszelakich fruwających mechanicznych wytworów rąk ludzkich. To nie pierwsze pokazy na których są. Jako żółtodziób słucham się rad lepszych od siebie.

W końcu przyjeżdża Karolcio. Uśmiechnięty i szczęśliwy, że zaraz jedziemy. Mam podaje Mu jedzenie, a On nerwowo zaczyna szukać czegoś…

-Czego szukasz? – pytam.

-Okularów. – odpowiada nerwowo, i zaczyna coraz bardziej nerwowymi ruchami przeszukiwać kieszenie kurtki. Na nosie miał okulary… ale przeciw słoneczne, „normalne” gdzieś zapodział…

Kamień w wodę. Nie ma. Jak ja pojadę! Wręcz płacze… Jak ja będę robił zdjęcia! Woła załamanym głosem.

Mi udzieliło się zdenerwowanie Karola, tylko Żona wykazała się spokojem, i powiedziała…

-Idziemy do Optyka.

Ja zostałem w domu, a Oni poszli do Pana Tomasza, najlepszego Optyka w Stalówce. Karol miał dużą wadę wzroku. Miał -5,5. Czekał, aż skończy okres dojrzewania, i planował laserową korektę wzroku.

Po 40 minutach… wrócili i Karolcio miał już nowe okulary na nosie. Cieszył się jak małe dziecko. Tak… małe dziecko, choć miał ponad 190 cm wzrostu, dla mnie był małym Karolciem. Pan Tomasz się spisał. Niezawodny jak zawsze. W 35 minut wyczarował „nowe oczy” dla Synka. Co prawda dał szkła, które miał pod ręką, nie były to ultra cienkie SEIKO za prawie 1000 zł, ale jak mus to mus.

Przyjechaliśmy na miejsce. Mitech przytargał przyczepę kempingową, chłopaki zaczęli budować rusztowanie, aby fotografować z lepszej perspektywy. Normalne miasteczko KKM. Jeszcze parę „strzałów” z treningów przed jutrzejszymi pokazami… Wieczorne gadanie przy czymś mocniejszym i trzeba się kłaść spać.

Położyliśmy się w namiocie. Rano obudziłem się sam. Karol spal w samochodzie, uciekł ode mnie, tak ponoć chrapałem. Gdy wyszedłem z namiotu Baca powiedział, że szkoda iż mnie nie nagrał, byłby to zapewne „nowy hymn KKMu”.

Przymykam teraz oczy… i widzę… szczęśliwego, uśmiechniętego Chłopca, który z wielką pasją fotografuje samoloty. Cieszy się, rozmawia ze strasznymi Kolegami, słucha Ich rad. Podziwia Ich zdjęcia, Sam cieszy się swoimi. Pod wieczór tragiczne wydarzenie. Ginie dwóch Pilotów Grupy „Żelazny”. Żałoba, cisza w obozie, zaduma. Karol akurat utrwalił to wydarzenie, później wysłał zdjęcia do Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

W tym roku byłem na AirShow 2013 w Radomiu. Namówił mnie Oskar, starszy brat Karola, i jedyny. Spotkaliśmy się na płycie lotniska. Obserwowałem, jak też z pasją fotografował letadła… a mnie przed oczami stanął Karol…

Źle mi się fotografowało w tym roku. Bardzo źle. Bo jak można patrzeć poprzez pryzmat aparatu, gdy z oczy leją się łzy? A gardło ściśnięte żelazną ręką tęsknoty?

Ostatnim Pokazem Lotniczym, którym cieszył się Karolcio, były pokazy w Berlinie w 2012 roku. Zrobił piękne zdjęcia. I to On już wtedy „robił” za „fachurę”, to On udzielał rad i pomagał stawiającym pierwsze kroki…

Pewnie był i w tym roku. W Radomiu. Ale „inaczej”…

Tak mi Ciebie brakuje Karolu, tak bardzo, że żadne słowa nie mogą tego wyrazić… Żadne.

AirShow 2013 – Radom. Swiss Air Force – „Patrouillie Suiss”

Cieszcie się każdą chwilą…