POland (27 sierpnia 2013)

Upalny letni wieczór. Po całym dniu łażenia z aparatem w ręce trafiłem do jednego z wielu ogródków rozłożonych przy knajpkach. Wybrałem ten najbardziej przytulny, zacieniony, z niewielką ilością konsumentów. Zamówiłem małe piwko. Niespiesznie popijając i delektując się chłodną goryczką złocistego napoju przeglądałem na ekranie aparatu to co udało mi się dzisiaj pstryknąć. Delikatny uśmiech pojawiał mi się od czasu do czasu. Zapaliłem papierosa, popijałem drobnymi łyczkami piwo, całkowicie straciłem kontakt z otoczeniem…

-Dzień doby Szanownemu Panu…

Drgnąłem jakby nagle ktoś mnie oparzył. Ten głos wyrwał mnie z ogromnego letargu. Ten głos… Zachrypnięty, gardłowy… no jak nic Jan Himilsbach! Jak do tej pory myślałem, że ów glos jest jedynym, niepowtarzalnym. Ten brzmiał wręcz identycznie. Podniosłem głowę i ujrzałem średniego wzrostu Człowieka o twarzy, która niejedno w życiu przeszła. Kilkudniowy mocny zarost okalał zapadnięte policzki i usta, na których błądził jakiś filuterny uśmiech. Ale te oczy… Niesamowicie błękitne, pełne jakiegoś dziwnego, ale intrygującego błysku. Kurwiki? Możliwe, ale te były o wiele „cieplejsze”. Uśmiechnąłem się i odparłem…

-Dzień dobry, czym mogę służyć?

-Jak szanowne zdrówko, Szanownego Pana, dopisuje?

-A jakoś się żyje, jest w miarę dobrze, ale mogło by być lepiej – odparłem i uśmiechałem się dość szeroko.

-To czy w takim razie pozwoli Szanowny Pan, że istotnie przyczynię się do ewentualnej poprawy zdrowia?

-Tak…?

– Czy zechciałby Pan poczęstować mnie papierosem sztuk jedna, co zapewne tylko i wyłącznie dodatnio odbije się na pańskim zdrowiu?

-Hahahaha…- zaśmiałem się szczerze i wyciągnąłem paczkę papierosów. – Proszę bardzo, niech Pan weźmie nawet trzy…

-Trójka, święta liczba. Magiczna. Pozwoli Pan że przytulę się do żarka?

-?

– No, czy mogę ogieńka poprosić?

-A tak oczywiście – po czym wyjąłem zapalniczkę i przypaliłem papierosa niespodziewanemu gościowi. Zaciągnął się mocno, głęboko, przytrzymał dość długo dym w płucach, po czym powoli wydalił z siebie dużą chmurę dymu…

-Taaaaaak… Dobrze, że nie wiaterki…

-Wiaterki?

-No te, mentole- po czym wziął i delikatnie oderwał filtr od pozostałej części papierosa – tak bliżej natury, a i smak lepszy – powiedział i uśmiechnął się tak, że gdyby nie uszy, to chyba uśmiech miałby dookoła głowy.

Zacząłem się baczniej przyglądać jegomościowi. Ubrany był w robocze spodnie, dość mocno spłowiałe, tenisówki nieokreślonego koloru i koszulkę… i ta koszulka bardzo mnie zaintrygowała. Poland. Taki napis biegł mu przez piersi, napis , który był w barwach narodowych, biało-czerwonych. Uśmiechnąłem się i pomyślałem Patriota.

Nie wiem dlaczego, ale zagadnąłem Jegomościa…

-Poland? Ładna koszulka, ale nie lepiej z napisem Polska? Tak bardziej swojsko jest.

-Poland? Polska? Szanowny Panie… muszę Pana wyprowadzić z błędu. Źle Pan wypowiada, to nie żaden POLAND!

-Nie? Przecież to wyraźnie po angielsku napisane jest Polska… Poland.

-PełOland. PełOland, Szanowny Panie…

-PełOland? A co to takiego?

-No wyglądasz Pan na człowieka enteligentnego, a takiej prostej rzeczy Pan nie kumasz… Przecie My teraz żyjemy nie w Polandzie, nie w Polsce, jeno w PełOlandzie! Rozejrzyj się Pan!

-No… zasadniczo muszę Panu przyznać rację! PełOland pełną gębą! – śmiech.

-No pełną, ale nie wszystkich. I to nic śmiesznego Panie, nic. Se prywatne ranczo zrobiły, cwaniaki. W imię Narodu… Ech, szkoda gadać. – po czym machnął ręką z rezygnacją…

-Pan pozwoli, że oddalę się i raz jeszcze uprzejmie dziękuję za papierosy. Może kiedyś ja Panu się odwdzięczę.

– Oj proszę się nie przejmować, to ja dziękuję za chwilkę miłej rozmowy… Do widzenia!

-Szacuneczek! – skłonił się szarmancko, odwrócił i powoli zaczął iść ulicą…

PełOland… Uśmiechnąłem się gorzko i myśli moje zaczęły wędrować wokół Kraju, który położony jest pomiędzy Bałtykiem i Tatrami, Odrą i Bugiem… PełOland… tak, bardziej trafnie ująć się tego nie da… Choć można by to odrobinę rozwinąć. Dzisiaj dla Państwa nie jestem Janem Kowalskim, raczej jestem numerem statystycznym, takim PESELEM, bez którego nic tutaj nie da się załatwić…

Tak… Ten Kraj to teraz „Prywatne Ranczo”. Taki Syndykat PełOlandu i PeeSeLandu pod rządami Don Aldinio…

PełOland, PeeSeLand, Don Aldinio i jego żołnierze… tak… Zapadłem w smutną zadumę.

Capo di tutti capi?

 Si…

Pozdrawiam Was PESELE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *